02 / 08 / 17

Jak zostać Januszem Tatr, Jaskinie Doliny Kościeliskiej

Udostępnij

Nic tak nie poprawia samopoczucia oraz nie daje takiego kopa jak zapowiedź przygody. A w górach o przygody nie trudno. Sama podróż już sprawia, że człowiek czuje się wolny, oraz że ma to uczucie zostawienia  wszystkich problemów z tyłu, tam gdzie ich miejsce.

Swój ostatni wyjazd w Tatry zapamiętam na długo.  Zgrałam go ze świętem Bożego Ciała, jak na typowego chytrusa przystało, czemu by nie wykorzystać jednego dodatkowego wolnego dnia? Pomysł był dobry, wykonanie mogło być lepsze ale przynajmniej jest co wspominać. 🙂

Wraz z chłopakiem zaplanowaliśmy każdy detal wyjazdu, od noclegu, transportu, aż do planu przykładowych tras. Podróż zaczęliśmy w momencie przekroczenia progu drzwi zmierzając na autokar, który odjeżdżał o 4 rano z dworca głównego. Stwierdziliśmy że lepiej będzie nie kłaść się spać i cały czas poświęcić na przygotowania do wyjazdu, żeby zabrać wszystko co niezbędne. Bilety były  już gotowe, sprzęt oraz wszystko co mogło się przydać też (rzeczy, które były zbędne były oczywiście również w asortymencie – jako dumna przedstawicielka płci pięknej, zadbałam o to ;)). Lekki prowiant na drogę był również gotowy(oprócz małych zakupów babcia zaopatrzyła nas w srogą porcję zrobionego przez nią piernika, początkowo jęczeliśmy że dużo, że za dużo ale kierujemy się zasadą, że bierzemy wszystko co dają). Bardzo zależało nam, aby niczego nie zapomnieć.  Z wielkim przekonaniem  realizacji naszego celu, przekroczyliśmy próg domu zmierzając w kierunku dworca. Ponieważ dworzec oddalony jest 25 minut autobusem ode mnie i w takich godzinach człowiek jest zdany głównie na autobusy nocne, które jeżdżą co godzinę,  musieliśmy wyjść z domu godzinę przed odjazdem z dworca (trzeba być 15 minut przed czasem odjazdu). Kiedy już rozsiedliśmy się w autokarze,  szczęśliwi z naszej sprawnej organizacji, że wszystko przebiegło szybko i gładko rozpoczęła się nasza 8 godzinna podróż, ruszyliśmy.
Niecałe 5 minut drogi i udowodniono nam, że mimo chęci, nasza organizacja wcale nie była na 100% poziomie, cóż pozostaje nam jeszcze te 90 %. Okazało się, iż autobus którym jedziemy zatrzymywał się na przystanku obok mojego domu (podwójny facepalm). Nie ma to jak stracić godzinę życia. Oczywiście nic nie przychodzi na marne – na przyszłość będziemy mądrzejsi  i najlepiej tego się trzymać.
Sama podróż oczywiście się dłużyła, ja postanowiłam spędzić czas maksymalnie kreatywnie jak to tylko możliwe  – poszłam spać. Oczywiście ramię Czarusia najlepiej nadaje się w takich warunkach na poduszkę. Myślę, że spokojnie udało mi się przespać połowę drogi, mimo że nie mierzyłam dokładnie czasu.W przerwach między spaniem, a jedzeniem porobiłam parę zdjęć, niestety większość rozmazana z powodu prędkości z jaką jechaliśmy. Bardzo polecam korzystanie z WC w autokarze podczas przejazdu przez dworzec w Kielcach (kto jechał przez Kielce to wie o czym mówię), wrażenia lepsze niż na rollercoasterze, dodatkowo przechodzisz test celności, sprawności i kreatywności. Poniżej parę widoczków, które uchwyciłam już przed Zakopanem:

 

Kiedy dotarliśmy na miejsce, znaleźliśmy już hotel i załatwiliśmy wszystkie formalności związane z zakwaterowaniem zdaliśmy sobie sprawę z jednej bardzo ważnej rzeczy. Było Boże Ciało, sklepy były nieczynne a my nie mieliśmy ani picia ani jedzenia. To by było na tyle z tych 90% sprawności przygotowania. 😛 Po obsesyjnym wpisywaniu w wyszukiwarce google „Pogoda Zakopane” i utwierdzeniu się, że na cały dzień zapowiadane jest słońce, nie chcieliśmy marnować tego pięknego dnia, zważywszy na nadchodzące prognozy, wybraliśmy się więc wyposażeni w babciny piernik, herbatę w termosie podwędzoną z gaździnej kolekcji. Możliwe, że ta herbata mogła być tam dłużej niż same góry. Nic nam jednak nie przeszkodziło w tym, aby wyruszyć w Dolinę Kościeliska, gdzie według planów Cezarego mieliśmy zwiedzić Jaskinie Mroźną oraz Mylną.
O ile z Jaskinią Mroźną poszło nam całkiem sprawnie, mimo blokady matczynej ustawionej na szerokości całego szlaku wiodącego do wejścia jaskini (Ilekroć zbliżaliśmy się do matki z dzieckiem wchodzącej pod górę, miałam wrażenie że tylekroć bardzo starała się ona uniemożliwić nam wyprzedzenie siebie – cóż pierwsze miejsce ponad wszystko;) ) o tyle z Mylną poszło mniej sprawnie.

To co rzuca się w oczy jako pierwsze idąc Doliną Kościeliską, to ilość zwalonych drzew na stokach. Widok ten jest wręcz zatrważający. Jest to pozostałość po wietrze halnym, który w grudniu 2013 roku nawiedził Tatry i wiał z prędkością nawet do 200 km/h.

Mimo wszystko piękna Doliny Kościeliskiej nie da się opisać słowami, trzeba to zobaczyć na własne oczy.

Dwa drzewa, które z daleka przypominają kształt serca.

Początek drogi do Jaskini Mroźnej.

Za bilet wstępu do Jaskini Mroźnej zapłaciliśmy 4 zł od osoby, tuż przy okienku uderza człowieka w twarz wielki napis głoszący, że ulg w tym wypadku nie ma. Czy jesteś wiecznym studentem, rencistą, emerytem, dzieckiem, czy też zabrakło Ci do wina – masz zapłacić tyle samo. Nie ma litości. Przyznaję, że jako dumna przedstawicielka blond umysłów, myślę że miałabym problem z dostrzeżeniem gdzie znajduje się wejście do jaskini. Na szczęście nie miałam okazji się nad tym zastanawiać, dzięki Czarkowi . Wejście znajduje się przy samej budce, w której zbierane są opłaty. Przejście przez jaskinie zorganizowane jest bardzo sprawnie, obowiązuje ruch jednostronny. Dzięki temu nie trzeba się przepychać w ciasnych korytarzach i martwić ciążą spożywczą. W trudniejszych miejscach znajdują się drabinki oraz specjalne stopnie pomagające przejść.  Jaskinia ta, wraz z jej mroźnym klimatem, jest na pewno wartym odwiedzenia miejscem. Wchodząc z 30 stopniowego upału, do miejsca, gdzie gdzieniegdzie jest lód i śnieg, to z pewnością ciekawe doświadczenie. Warto ubrać się cieplej, bo jest tu chłodno, warto również wziąć rękawiczki bez palców – gdzieniegdzie trzeba się podeprzeć rękoma, zdarzają się śliskie miejsca.

Wnętrze Jaskini Mroźnej.

Nasza przeprawa przebiegła bardzo sprawnie i szybko,  nie spotkaliśmy na swojej drodze żywej duszy, nie licząc ojca z dzieckiem, którzy pytali się czy można wracać tą samą drogą. Mimo tego, że jaskinia powinna być z definicji ciemnym miejscem, dodatkowe oświetlenie nie jest tu potrzebne. Przez całą drogę korytarz  jest sztucznie doświetlany. Wszystko widać jak na dłoni.
Tego dnia mieliśmy szczęście w kwestii pogody, było bardzo ciepło, wychodząc z jaskini uderzyły nas silne promienie słońca. Wyjście wraz z otaczającym je drewnianym ogrodzeniem tworzy naturalny balkon. Z powrotem do Doliny Kościeliskiej prowadzą drewniane schody, dzięki czemu schodzi się szybko i sprawnie.

Zejście z Jaskini Mroźnej do Doliny Kościeliskiej.

Jako kolejny punkt wyprawy tego dnia, upatrzyliśmy sobie Jaskinie Mylną. Przekonani o słuszności tej decyzji, nieco głodni (nic nie jedliśmy tego dnia), nieco zmęczeni – w końcu nie spaliśmy prawie ostatniej nocy , wyruszyliśmy na podbój kolejnej jaskini.
W momencie skrętu na szlak prowadzący wprost do Jaskini Mylnej, mogliśmy dostrzec już dużo przed nami jak duży ruch odbywał się w tym miejscu, było widać że jest to popularna jaskinia wśród turystów. Przeszliśmy nieco połowę drogi po wzniesieniu do ścian skalnych, kiedy dotarliśmy do dość dużej grupy turystów, którzy stali na płaskim niewielkim placu. Rozprawiali oni nad czymś. Skupiona na naszym celu zignorowałam ich, przekonana że zastanawiają się czy wchodzić wyżej. Pomyślałam, że wymiękają. W pełnym skupieniu pokonaliśmy ostatni odcinek do jaskini, mijając po drodze jedynie jakąś parę, która miała bardzo nieszczęśliwe wyrazy twarzy  i szła bardzo powoli. Kiedy się z nimi minęliśmy zdałam sobie sprawę jak cicho i spokojnie zrobiło się wokół nas.

Oczywiście moje wewnętrzne samouwielbienie pomyślało sobie wtedy, jacy my jesteśmy super, że po takiej nocy i bez jedzenia, oraz prawie bez picia idziemy tak szybkim tempem w takie miejsce, gdzie ludzie tak odpadają. Z drugiej strony pomyślałam, jacy Ci ludzie teraz są nieudolni, że taki łatwy szlak, który jest przeznaczony szczególnie dla niedzielnych turystów, sprawia im taką trudność.

Moje samouwielbienie dostało po łbie kiedy dotarliśmy do wejścia  jaskini. Ujrzałam prawie pionową ścianę, do której przyczepione były łańcuchy.

Po  namowach Czarka (wejdziemy i tam już będzie na pewno lepiej bo to w końcu jeden z łatwiejszych szlaków, wyjście na pewno będzie inne) myślę, że w miarę sprawnie wpakowałam się na samą górę (zrobiłam to z gracją toczącego się z górki misia). Najgorszy moment był właśnie u szczytu wejścia. Był to moment przejścia z łańcuchów na drabinkę, która znajdowała się po drugiej stronie i prowadziła w dół. Łańcuchy kończyły się nieco wcześniej, a  drabina przez wzgląd na wilgoć była bardzo śliska.

Tak wyglądało wnętrze jaskini, w której akurat znajdowaliśmy się.

Kiedy już udało nam się znaleźć w jaskini, daliśmy sobie chwilę oddechu po niewielkiej dawce adrenaliny, jaką dostarczyło nam to niespodziewane wejście. W momencie gdy już uspokoiliśmy oddechy, wyciągnęliśmy latarki czołowe. Było tam bardzo ciemno.  Już po wejściu można było zauważyć, że jaskinia uformowana jest na kształt wielkiej hali, z której prowadziły rożne odnogi, każda w inną stronę oraz o różnym stopniu nachylenia. Jedna z odnóg z pewnością była umowną toaletą, na to wskazywał w każdym razie zapach tego miejsca, oraz chusteczkowe pozostałości porozrzucane w jego obrębie. W innej odnodze znaleźliśmy pozostałość jednorazowego grilla (10 punktów dla Gryffindoru za pomysłowość).

2 godziny błądzenia po jaskini i szukania korytarza, który nie kończyłby się ślepą uliczką sprawiły, że poddaliśmy w wątpliwość , czy znajdujemy się na pewno w miejscu, w którym mieliśmy być. Oczywistą oczywistością był fakt,  iż Mylna, raczej nie oznaczała z definicji braku jakichkolwiek oznaczeń, oraz braku innego wyjścia niż tego, którym się przyszło. Początek mojej paniki, na którą składała się chęć wzywania TOPR-u, krzyczenia pomocy, a w ostateczności dzwonienia do mamy, ustąpiło miejsca nagłej męskiej decyzji. W pewnej chwili stojąc tam stwierdziłam, że nie ma co się rozczulać. Skoro się weszło jedną drogą, to tą samą drogą można i wyjść. Decyzja była szybka, i tak gwałtowna że bardzo zaskoczyła Cezarego, który martwił się o mnie zważywszy na  moją niechęć do drogi, którą weszliśmy.

Kiedy znalazłam się już z drugiej strony drabiny, na grzbiecie skalnym i spojrzałam w dół,  przeszedł mi jakikolwiek strach. Od tak. Zaczęłam schodzić po Warszawsku … dupą po piasku, nie trzymając się przy tym nawet łańcucha – ku przerażeniu Cezarego. Z  tej perspektywy, wejście nie wydawało mi się już w ogóle straszne. Przez całą drogę w dół słyszałam tylko „Łap się łańcucha, zaraz spadniesz”, ukochany się martwił, jednak niepotrzebnie, jak się okazało dotarłam bezpiecznie na dół . Dodatkowo myślę, że zejście pokonałam z większą gracją i przekonaniem, niż wejście. Niedługo po zejściu zagadka dotycząca jaskini rozwiązała się. Jaskinia w której byliśmy nie była Jaskinią Mylną, była Jaskinią Raptawicką, i nie posiadała ona innego wyjścia niż to, którym weszliśmy. Gdzieś po drodze nie zauważyliśmy znaku odbijającego do Jaskini Mylnej, niemniej w dalszym ciągu uważam, że miło by było jakby jaskinia była w jakikolwiek sposób oznaczona albo podpisana. I nie mówię tu o oznaczeniu moczem, którym akurat była przesiąknięta.

Było już koło 18, powoli osiągaliśmy już limit zmęczenia i wyczerpania, nie stanowiło to jednak  przeszkody żeby wybrać się do naszego punktu docelowego i zrealizować misję tego dnia, nie było to również przeszkodą dla mnie żeby marudzić – wręcz przeciwnie, nakręciło to tak długą spiralę marudzenia, że aż dziwię się jak mój mężczyzna ze mną wytrzymał. Stwierdziliśmy, że skoro tu jesteśmy to damy jeszcze radę przejść przez Jaskinię Mylną. Już z początku okazało się, że coś jest nie tak. Znowu nie było oznaczeń. Zaraz po wejściu do jaskini, zza ściany wyskoczył młody chłopak z okrzykiem, chciał kogoś przestraszyć, nie wiem czy akurat mnie – ale mu się udało. Kiedy teraz o tym myślę, nie jestem w stanie sobie przypomnieć, które z nas krzyczało głośniej. Czy on kiedy wyskoczył zza ściany, czy ja kiedy dostałam spazmów ze strachu. Po przejściu kilku metrów, nie widząc żadnych oznaczeń i po skojarzeniu faktu, iż chłopak, który mnie przestraszył wychodził w momencie naszego wejścia z jaskini. Zrozumieliśmy, że weszliśmy wyjściem, a wejście musi znajdować się nieco dalej (znowu brawo my). Zgrabnie cofnęliśmy się kilka metrów pełzając (jest tam miejscami naprawdę wąsko i nisko), po czym idąc dalej szlakiem dotarliśmy do właściwego wejścia. W tym momencie pozwolę sobie dodać jedną ze swoich mądrości stamtąd wyniesionych, jeżeli Wasz chłopak/narzeczony/mąż (niepotrzebne skreślić) mówi Wam, że wcale nie jest dobrym pomysłem, żeby brać plecak, w którym jest sprzęt fotograficzny do jaskini, gdzie jest wąsko, nisko i mokro, to naprawdę nie warto. Rzeczywiście jest tam wąsko, nisko i mokro. I nie, wcale nie zjadłaś wszystkich rozumów świata, nie jesteś mądrzejsza od swojego chłopaka/narzeczonego/męża.

W przypadku Jaskini Mylnej dodatkowym utrudnieniem w kwestii poruszania się jest spora ilość kałuż, nie ułatwia to przejścia szlaku z bagażem. Całość Jaskini Mylnej tworzy bardzo gęsta sieć korytarzy. Gdyby szlak nie był oznaczony, bardzo łatwo się tam zgubić.
Zaraz po wejściu do jaskini, od południowej strony znajduje się mała salka, w której znajdują się Okna Pawlikowskiego. Jest to doskonałe miejsce, jeżeli chcemy mieć ładny widok na Dolinę Kościeliską. Można zobaczyć stąd też Bystrą, najwyższy szczyt Zachodnich Tatr.

 

Nie poleca się zwiedzania tej jaskini samotnie czy też posiadając tylko jedno źródło światła, nie ma tam żadnego sztucznego doświetlenia oprócz tego, które sami posiadamy. W razie awarii latarki, pozostaje się w kompletnej ciemności i łatwo się zgubić.

Jaskinia Mylna posiada na swoim koncie jedną ofiarę panujących tam ciemności. Latem 1945 roku zabłądził w niej pallotyn Józef Szyszkowski. Wyruszając na swoją wyprawę, niestety  nie poinformował nikogo o tym, w które miejsce dokładnie się udaje. Jego zwłoki zostały przypadkowo odnalezione przez badacza tatrzańskiego, było to dwa lata po jego zaginięciu. Identyfikacja Szyszkowskiego była możliwa tylko dzięki portfelowi z dokumentami. Pallotyn umarł z głodu, prawdopodobnie wysiadło mu jedyne źródło światła, jakie posiadał.

Odchodząc  w bok ścieżki, do którejś z izb. Warto przez chwilę wyłączyć wszelkie źródła światła, oraz nie odzywać się przez chwilę. Jest to czas, w którym usłyszysz swój oddech w akompaniamencie spadających kropli wody. A to wszystko w otoczce ciemności, bo wyłączając swoje latarki nie ma co liczyć na jakiekolwiek promienie przedostające się do wnętrza jaskini.  Przejście Mylnej zajęło nam około 40 minut. Przyznaję że pod koniec wypatrywałam już tylko wyjścia. Plecak ze sprzętem fotograficznym bardzo przeszkadzał nam w przejściach ciasnymi tunelami. Sama uderzyłam się kilkanaście razy w głowę przez to, że skupiałam się na tym jak przenieść plecak nad kałużą, niestety zapominałam w tych przypadkach o swojej głowie. Materializm ponad wszystko. 😛
Kiedy wyszliśmy z jaskini byliśmy cali brudni. Nie tylko buty, ale również bluzy i spodnie – wszystko mieliśmy w błocie. Wilgotne ściany bardzo nam w tym pomogły. Wystarczyło otrzeć się o którąś ze ścian przechodząc wąskim korytarzem, a już można było znać ślady błota na odzieży. Po wyjściu z jaskini wyglądaliśmy jakbyśmy wyszli z okopów, mimo wszystko przyjemnie było zobaczyć w końcu światło dzienne. Nawilżane chusteczki, które nosiliśmy ze sobą cały dzień pomogły nam ogarnąć ten błotny bajzel. Prowizorycznie poprawiliśmy nasz image i udaliśmy się w stronę busów. W tym momencie mogliśmy myśleć tylko o jedzeniu i łóżku, oraz o tym, że kolejnego dnia mieliśmy naszykować się na dłuższą wyprawę.

Udostępnij

Skomentuj wpis

4 thoughts on “Jak zostać Januszem Tatr, Jaskinie Doliny Kościeliskiej

  1. Super relacja! Czyta się bardzo przyjemnie, niekiedy z uśmiechem na ustach. Fajnie powspominać czas tam spędzony, a było to już ładnych parę lat temu… może czas odświeżyć wspomnienia i najnormalniej w świecie wybrać się tam ponownie 🙂 Pozdrawiam

    1. Dziękuję, bardzo mi miło :). Wypady w góry pozostawiają niesamowite wspomnienia na lata! Czasami warto zabłądzić 😀 Polecam wybrać się poza sezonem, w sezonie niestety duży tłok co zmniejsza komfort

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *