31 / 10 / 17

Tatrzański trekking wiosenną porą „Nosal – Kuźnice – Kondracka Kopa – Małołączniak”

Udostępnij

Drugi dzień naszego górskiego wyjazdu miał wiązać się z większym wysiłkiem fizycznym. Pierwszy dzień był swego rodzaju przystawką przed daniem głównym. Wychodząc na szlak zaleca się wczesną pobudkę, dlatego wstaliśmy o godzinie 10. No dobra, wiem że chodzi o inne rano. Niespecjalnie się spieszyliśmy.

Standardowo sprawdziliśmy pogodę zanim wyruszyliśmy w drogę. Prognoza była bardzo konkretna, zapowiadano że będzie padać deszcz, śnieg, ale może być też słońce. Każdy mógł sobie wybrać to co chciał. Pod wpływem tych konkretnych informacji obstawiliśmy, iż większe jest prawdopodobieństwo tego, że będzie mokro. Moje buty były nieco zmachane i stare,  przy śliskich kamieniach mogłabym mieć trudności z przemieszczaniem się, dlatego postanowiłam kupić nowe. Zahaczyliśmy o kilka specjalistycznych sklepów z obuwiem trekkingowym, ostatecznie wybór padł na Mountain Warehouse. Model, który wybrałam charakteryzował się głównie stabilną podeszwą i wysokimi cholewkami. Dodatkowo na wierzchnią część obuwia rozpylona była delikatna membrana, która się zmywa. W tego rodzaju obuwiu od pierwszego przemoczenia jest tylko gorzej. Osobiście nie przeszkadzała mi mała wodoodporność moich butów. W końcu przecież nie wchodzę na Everesta, a mój codzienny alpinizm ogranicza się do wejścia schodami na parter, na który mieszkam. Poza tym, potrzebowałam butów na teraz, a było w końcu lato.

Nasz początkowy plan zakładał wschód słońca na Nosalu, przejście przez Przełęcz Nosalową, Kuźnice, Kopę Kondracką i przejście Czerwonych Wierchów, aż do Doliny Kościeliskiej. Ostatecznie nie byliśmy pewni czy zdążymy zejść do Doliny z zaplanowanej trasy. Mimo wszystko uparcie przeszliśmy do realizacji naszych planów.

Zanim znaleźliśmy się na szlaku prowadzącym na Nosal, udało nam się minąć główny zakręt, który prowadził na ten szlak. Irytujący deszcz nie pozwalał na długie korzystanie z telefonicznego gps’a (tak, nawet w górach nam się to zdarza). Pomijając czas, który nam zszedł na ominięciu parę drobnych przeszkód, to dotarcie do wejścia na Nosal z samych Krupówek zajęło nam około 20 minut.

Wejście na szczyt odbywa się szybko i sprawnie, jedynym utrudnieniem jest momentami wąski szlak, zdarza się że ciężko jest wyminąć osoby idące wolniej. Nosal jest górą idealną dla osób mniej sprawnych fizycznie, rodzin z dziećmi, czy też osób starszych. Oprócz tego, że wejście jest łatwe i przyjemne, to po drodze można natknąć się na parę miejsc, które idealnie nadają się na chwilowe przystanki, oraz sesje zdjęciowe. Kiedy dotarliśmy na szczyt, było bardzo tłoczno, ciężko było znaleźć miejsce aby usiąść. Mimo wszystko zrobiliśmy sobie w tym miejscu przystanek, uraczyliśmy się pozostałością babcinego piernika. Siedząc na skałkach, które tworzą krawędzie szczytu można dostrzec w dole piękną panoramę Zakopanego, która stanowi doskonałe tło do zdjęć.

Po krótkim odpoczynku ruszyliśmy w dalszą trasę, która prowadziła przez Przełęcz Nosalową do Kuźnic. Większość trasy przebiega wśród drzew, dlatego w przypadku „mokrych dni” jest tu spora ilość błota, ze względu na małą ilość prześwitów słonecznych.

Największą tajemnicą trasy Nosalowej jest dla mnie to, jakim cudem, przy tak dużej ilości błota dwóm mijanym dziewczynom udało się zachować biel Adidasów zx flux oraz trampkom Converse. Moja wyobraźnia pod wpływem wrodzonej nieufności zmieszanej z oceną stanu mojego obuwia oraz ubrania po przejściu tej trasy, podpowiadała mi coraz bardziej niewiarygodne scenariusze usprawiedliwiające ich czystość. Jeden ze scenariuszy zakładał, że co kilka metrów wyciągają proszek do prania i najzwyczajniej w świecie piorą buty w górskim strumieniu, inny że wleciały tu helikopterem. Jedno jest pewne, przy wyborze obuwia kierowały się chęcią wyróżnienia wśród tłumów turystów, muszę przyznać że im się to udało.

Dotarliśmy do Kuźnic i obraliśmy kierunek do Hali Kondratowej. Początkowo droga jest szeroka i biegnie ostro w górę, ułożona jest z kamieni różnego kształtu (tak zwane kocie łby). Muszę przyznać, że widok Pana jadącego rowerem po tej drodze, i wiozącego sporo balastu wzbudził we mnie pełen podziw. Pomijając stopień nachylenia drogi, to jej forma również znacznie odbiegała od ścieżki rowerowej.

Końcowa faza szlaku prowadzi przeważnie przez las i polany. Polany są niejednokrotnie okazją do zaobserwowania dzikiej zwierzyny. W naszym przypadku udało nam się zobaczyć sarenki (udajmy, że to osiągnięcie).

Kiedy dotarliśmy do Hali Kondratowej uraczyliśmy się pomidorówką za 9 zł, która jak twierdziły zapoznane turystki jest najlepsza pod słońcem. W moim przekonaniu nie różniła się niczym od innych pomidorówek, może prócz ceny. 30 minut jedzenia pomidorówki za 9 zł, rozmowa z zapoznanymi turystkami na temat coraz skrajniejszych przypadków ubrania i obuwia napotkanych turystów, dodały nam kopa do ponownego startu. Rozpoczęliśmy wędrówkę szlakiem prowadzącym na Kopę Kondracką.

Musze przyznać, że z dołu szlak ten sprawiał monstrualne wrażenie. Wydawało się, że droga prowadzi po pionowej ścianie Kopy. Jednak idąc już, kompletnie nie odczuwało się wysokości, jedynie zmęczenie i zadyszkę spowodowaną wędrówką przy dość dużym stopniu nachylenia. Jest to ciężki szlak dla astmatyków, oraz osób mających przy dużym wysiłku problem z oddechem. Niemniej wejście na Kopę wiążę się z całą gamą pięknych widoków, oraz z niesamowitą panoramą na wszystkie strony Tatr. Po drodze mijaliśmy sporą ilość turystów, widać że szlak ten sprawia trudność dużej ilości osób, przez co muszą robić sobie częste przystanki. W naszym przypadku nie było inaczej, średnio co 10 minut robiliśmy krótki postój. Głównie było to spowodowane moim problemem z oddechem, niestety cierpię na jakiś rodzaj niewydolności oddechowej. Jak to w Polsce bywa, raczej nigdy nie dowiem się jakiej.

Pod koniec szlaku minęliśmy jedną parę. Widać było, że dziewczyna nie dawała rady i potrzebowała ciągłych postojów. Będąc już na  przełęczy pod Kopą Kondracką zobaczyliśmy gęste kłębowisko chmur wokół Giewontu. Widok był zarówno piękny, jak i majestatyczny oraz zatrważający. Można sobie było tylko wyobrazić jak sytuacja wygląda w środku tego kłębowiska. Nie zważając na pobliskie zagrożenie zaczęliśmy pstrykać zdjęcia jak chińczyki. Zakładaliśmy że przy tym kierunku wiatru będziemy raczej bezpieczni, ponieważ chmura powinna pójść dalej.

Ruszyliśmy na szczyt Kopy Kondrackiej, w końcu do pokonania było już tak niewiele. W przeciągu kilku minut mogliśmy nagle zaobserwować otaczające nas od tyłu kłęby chmur. Wyglądało to niesamowicie na tyle, że dalej robiliśmy zdjęcia jak chińczyki na urlopie. W końcu nie mogło nam nic grozić (hehe). Nagle zerwał się wiatr. Zdaliśmy sobie sprawę, że idąca za nami para nie była nigdzie widoczna. Prawdopodobnie zawróciła ze szlaku, widząc sytuacje nad Giewontem. Nasza teoria nas trochę zawiodła.

Nagle, kiedy tak staliśmy już na szczycie i rozglądaliśmy się dookoła, uderzył bardzo silny podmuch wiatru. Podmuch był tak silny, że przesunął w miejscu Czarka z jego 60 litrowym plecakiem bliżej zbocza. Na szczęście ja znajdowałam się z dala od krawędzi, ale niewiele myśląc kucnęłam i skuliłam się jak jeż. Nie mam pojęcia, co miałam przez to na myśli, może miałam nadzieję, że przez to zrobię się cięższa i trudniejsza do zdmuchnięcia. Chwila spokoju, pozwoliła nam ogarnąć na szybko sytuacje, obydwoje złapaliśmy się tablicy szczytowej. Plan miał polegać na przeczekaniu wichury. Uważam, że byłby to dobry plan gdyby nie fakt, że nagle sypnęło ostrym gradem. Grad ten, uderzał w nas tak mocno, że wydawało się jakby ktoś co rusz wbijał nam szpile. Moja kurtka z cropp’a przemokła w mniej niż sekundę. Niestety przez to, że mieliśmy rzeczy zapakowane w 60 litrowy plecak, który nie otwiera się od środka tylko od góry, nie mogliśmy wyjąć naszych przeciwdeszczowych płaszczy. Po prostu staliśmy wystawieni na działanie ponadprzeciętnych jak na Polsce zjawisk pogodowych. Chwilę później dołączyło do nas małżeństwo z 2 dzieci, na oko jedno z nich miało 6 lat a drugie 4 lata. Nie wiem co rodzice myśleli sobie zabierając w góry tak małe dzieci przy tak niepewnej pogodzie.

Staliśmy trzymając się słupa przez ponad 20 minut silnego wiatru, gradu, a potem nieustającego ostrego deszczu z dalszymi dużymi porywami wiatru. W międzyczasie dwoje z dzieci zaczęło płakać, było tak przerażone tym co się dzieje na około nas. Chcąc nieco uspokoić sytuacje próbowałam sobie żartować i gadać jak gdyby nigdy nic. Prawda jest taka, że przy tych porywach wiatru sama się momentami bałam, ale bardzo chciałam uspokoić jakoś dzieci.

Kiedy pogoda się minimalnie uspokoiła zobaczyliśmy postać, która dodała nam odwagi i nadziei. Aż się wierzyć nie chciało. Na szczyt wchodziła kobieta, mająca na oko około 60 lat. Miała na sobie ogromny plecak trekkingowy, podpierała się kijkami, i na dodatek pod pachą mocno trzymała swojego wnuka. Widać było, że każdy krok w tej wichurze sprawiał jej trudność, jednak nam dodało to odwagi. Skłoniło nas to do dalszej wędrówki. Mimo dalej ostrych podmuchów wiatru, które były nieco nieobliczalne i przerażające, w perspektywie tego, że dalsza wędrówka odbywała się na krawędzi zbocza, skierowaliśmy się w stronę Małołączniaka. Byliśmy przemoczeni od stóp do głów, w butach nam pluskało (a więc to oznacza wodoodporność rozpylonej membrany), przez cały czas kiedy trzymaliśmy się znaku mieliśmy rękawiczki bez palców przez co lekko poodmarzały nam palce u rąk. Mimo tego, że udało nam się wyciągnąć płaszcze i normalne rękawiczki z plecaka, niewiele nam to pomogło przy tym stopniu zamoczenia, i tak ostrym wietrze. Przy zejściu każdy powiew był jak uderzenie biczem.

Około 25 minut zajęła nam wędrówka szczytami, czas wydaje się krótki, jednak w panujących ówcześnie warunkach wypatrywaliśmy jedynie zejścia niżej, aby chociaż trochę mniej odczuwać ten wiatr. Przed wyprawą mieliśmy ustaloną trasę, która zakładała przejście szczytami Czerwonych Wierchów, jednak teraz musieliśmy przygotować plan ewakuacyjny zakładający jak najszybsze zejście z gór, przy tym jak najłatwiejsze, ponieważ byliśmy przemoczeni i przemarznięci, oraz plan nie zakładający upadku w przepaść.

Postanowiliśmy zejść z Małołączniaka przez Kobylarzowy Żleb. Małżeństwo z dziećmi dzielnie towarzyszyło nam, aż do momentu kiedy spotkaliśmy jakąś parę górołazów, którzy uprzedzili nas , że zejście z Małołączniaka ma odcinek z łańcuchami. Wtedy zawrócili, wraz z górołazami. My nie wyobrażaliśmy sobie powrotu tą samą trasą, dlatego postanowiliśmy iść na przód. W momencie gdy schodziliśmy, zaczęłam odczuwać ostry ból w lewym kolanie. Był tak nieznośny, że sprawiało mi to trudności przy stawianiu nóg. Całą drogę powrotną zaczęłam opierać się na prawej nodze, starając się lewą oszczędzać jak tylko się dało. Mimo naszego ogólnego stanu, który przywodził na myśl przeżycie szczytowego tornada postanowiliśmy iść w zaparte, chcieliśmy tak bardzo znaleźć się niżej, że nawet łańcuchy nie przeraziły nas na tyle, aby cofnąć.

Muszę przyznać, że odcinek z łańcuchami był jednym z trudniejszych. Nie mam tu na myśli ogólnego kształtu tego odcinka, a raczej warunki jakie towarzyszył naszemu zejściu. Skały były przemoczone i śliskie, palce odmarznięte, łańcuch zimny, rękawiczki nie wchodziły w grę bo były tak mokre, że były aż śliskie. Ale ostatecznie udało nam się przedostać na dół. Przy czym nadziei dodawał fakt, że na tym odcinku akurat pogoda zaczęła się uspokajać i przestał padać deszcz. Kiedy pokonaliśmy łańcuchy, pozostał nam dość spory odcinek stromego zejścia po wystających kamieniach. Był to dla mnie bardzo bolesny odcinek, zważywszy na fakt, że przy każdym „stopniu” w dół odczuwałam ból już nie tylko w lewym kolanie, ale także w prawym. Ból ten można by było porównać jedynie do wbijanej w kolano grubej igły.

Doszliśmy do nieco zalesionej części szlaku. Wśród drzew, z powodu chmur zaczęło robić się bardzo ciemno. Na tyle ciemno, że musieliśmy wyjąć latarki czołowe. W tym momencie też, aby nie było zbyt miło i przyjemnie, zaczął ponownie padać deszcz. Początkowo był to lekki deszczyk, natomiast potem przerodził się w olbrzymią ulewę, która z drogi tworzyła potoki. Gdyby nie adrenalina, która momentami sprawiała, ze przestawałam odczuwać ból w kolanach na tyle, że byłam w stanie przyśpieszyć tempo do tego stopnia, że zdołałam odrobić moje chwilowe spowolnienia, myślę że nie wyrobilibyśmy się przed zmrokiem z zejściem.

Na szlaku udało nam się dostrzec niedźwiedzie odchody. W  tej chwili pomyślałam, że właśnie niedźwiedzia mi jeszcze brakuje do tego wszystkiego. Bo mieliśmy przecież za mało przeżyć. Przez nasze znalezisko moja wyobraźnia pod wpływem zmęczenia i bólu, co rusz pozwalała mi dostrzec czającego się niedźwiedzia za każdym drzewem i kamieniem. Tyle razy go rzekomo widziałam, że sama sobie dziwię, że w ogóle dalej szłam. Może było mi już po tym wszystkim trochę wszystko jedno. Około 5 godzin wędrówki ze szczytu, w naszym ogólnym stanie było małym koszmarkiem, bardzo pragnęliśmy dostrzec już Dolinę Kościeliską.

Kiedy już dotarliśmy do upragnionej Doliny, po drodze mijały nas co rusz samochody TOPR’u. Cali przemoczeni i zziębnięci dotarliśmy do parkingu, który otwiera tę Dolinę. Na szczęście mogliśmy liczyć na naszych znajomych, którzy odebrali nas stamtąd i zawieźli do naszego noclegu, gdyby nie to, bardzo ciężko byłoby nam znaleźć transport o tej godzinie. Nie muszę chyba dodawać, że cały następny dzień spędziliśmy w pensjonacie. Nawet gdybyśmy chcieli gdzieś wyjść to nasze buty trekkingowe były całkowicie przemoczone, a moje lewe kolano spuchnięte do wielkości dorodnego grejpfruta.

 

Udostępnij

Skomentuj wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *