09 / 02 / 18

Podróże małe i duże, Kreta część 1

Udostępnij

Jednym z przyjemniejszych momentów pracy w ciągu roku, jest oczywiście urlop. Na swój urlop czekaliśmy długo, potrzebowaliśmy dobrego momentu w pracy, aby nie zaniedbać zbytnio swoich obowiązków. Mimo szczerych chęci, ostatecznie udało nam się rozważyć wzięcie urlopu, dopiero w połowie września. Niestety, nawet wtedy nie mieliśmy pewności ,co do dokładnego terminu naszego wylotu. Jedyne czego byliśmy pewni, było to że celem naszego urlopu jest Kreta, oraz że będzie super.

Szczerze mówiąc nie wiem czemu, aż tak uparliśmy się akurat na Kretę, ale muszę przyznać że konsekwentnie się tego trzymaliśmy. Byliśmy pewni, że w tak pięknym miejscu, na pewno przeżyjemy mnóstwo wspaniałych przygód. Nie bez znaczenia było to, że jest to największa z greckich wysp, ma mnóstwo zabytków do zwiedzania, a dodatkowo cała górska otoczka sprawiła, że był to nasz koń, na którego postawiliśmy, oraz w którym byliśmy zakochani na długo przed przylotem.

Jedyne przedurlopowe obawy wzbudzała w nas pogoda, jednakże wszyscy twierdzili, że w tym terminie zarówno na Krecie jak i na Rodos powinna utrzymywać się jeszcze stosunkowo dobra aura. Prognozy wysnute na podstawie poprzednich lat podpowiadały, że w jesiennym okresie powinno być słonecznie za dnia, natomiast wieczory miały być już chłodne. Nie przejmowaliśmy się tym, głównie zależało nam na dziennych promieniach słonecznych, oraz na oderwaniu się od szarej pracowitej rzeczywistości. Przed wyjazdem naturalną koleją rzeczy było zapoznanie się ze wszystkimi dostępnymi informacjami na temat miejsca, do którego zmierzaliśmy. Zawczasu wyposażyliśmy się we wszystkie rzeczy, które według nas mogły być niezbędne w czasie urlopu. Termin urlopu również zaplanowaliśmy bardzo konsekwentnie, na dwa tygodnie przed. Zakupiliśmy przewodnik, oraz wymieniliśmy polską walutę na euro. Brakowało nam tylko wycieczki i dokładnego terminu wylotu. W końcu ustaliliśmy, że choćby się waliło i paliło to wylatujemy pierwszego października, dzień ten przypadał na niedzielę. Cały wcześniejszy weekend obserwowaliśmy pilnie sytuacje w ofertach biur podróży. Były wtedy oferowane bardzo korzystne warunki za niewygórowaną cenę, ofert było bardzo wiele, dlatego spodziewaliśmy się, że również w ten weekend będzie w czym przebierać. Po ustaleniu wszystkiego, wybraniu konkretnego dnia wylotu, kupieniu wszystkich niezbędnych rzeczy, oraz wymianie waluty dopadła nas masę wątpliwości.

Czarkowa grypa tak silnie się w nim zakorzeniła, że nic nie dawały leki ani całotygodniowe kuracje. Ostatecznie czuł się bardzo kiepsko, ja jeszcze gorzej jak to obserwowałam z boku. Było mi przykro, że cały rok czekania na urlop, a ta choroba psuje mu z tego frajdę. Sama na szczęście podkurowałam silne zapalenie lewego ucha. Dzień przed wylotem przeglądając wycieczki dopadł nas mały kryzys i zwątpienie. Nic kompletnie nie było, a byliśmy tak entuzjastycznie nastawieni na ostatni weekend września. Tymczasem wyglądało to wręcz przeciwnie, jakby cała branża turystyczna zwijała się z powodu końca sezonu. Mój przesadny wewnętrzny entuzjazm ciągle powtarzał do Czarka „zobaczysz, jutro tego samego dnia wylotu będą super oferty”. Mimo, że sama już zaczynałam dostrzegać, w którym kierunku to zmierza. Kiedy nadeszła sobota, sytuacja zaczynała wyglądać wręcz dramatycznie. Nie dość, że ceny w ogóle nie poszły w dół, a standard hoteli był łagodnie mówiąc słaby, to jeszcze na domiar wszystkiego oferty zaczęły po kolei znikać ze stron organizatorów. Dzwoniąc dowiadywałam się jedynie, że nie ma już miejsca w samolocie, i nie ma już możliwości przelotu. Ostatecznie zdecydowaliśmy się wziąć tańsze byle co, z opcją all in. Porównywaliśmy opinie zarówno droższych hoteli, z tym tańszym i stwierdziliśmy, że to to samo pod względem standardów. W związku z tym lepiej zapłacić mniej i na miejscu wydać więcej pieniędzy na nasze wymysły, niż płacić dwa razy więcej za to samo.

Wylot był możliwy jedynie  z Katowic, przy czym powrót byłby już do Warszawy. Wybór lotniska był dla nas niezwykle ważny, ponieważ najbliżej z oferowanych wylotów mamy na ogół do Warszawy. Lublin ma swoje własne lotnisko, jednak niestety sieć połączeń nie jest na nim jeszcze, aż tak bogato rozbudowana. Po krótkiej naradzie i wyładowaniu na sobie nawzajem frustracji „masz swoje last minute” ustaliliśmy plan. Plan ten włączał angaż naszego dobrego znajomego Mateusza, który mieszka w Krakowie. Ku naszej radości zgodził się zawieźć nas na lotnisko w Pyrzowicach, które jest oddalone od Krakowa około 1,5 h. Na szybko zarezerwowaliśmy busa do Krakowa na 16. Z racji tego, że debaty oraz oskarżanie się nawzajem zajęły nam trochę czasu i była już 13, większość rzeczy robiliśmy w pośpiechu godnym Azja Express. W Krakowie byliśmy po 21, zrobiliśmy tylko małe zakupy spożywcze w przyległym do dworca centrum handlowym, i zapakowaliśmy się w autobus miejski, który dojeżdżał do naszych znajomych. Kiedy już dotarliśmy na miejsce okazało się że droga jest bardzo rozkopana, do tego chodniki oraz pobocza też. Akurat zgraliśmy się w czasie z ekipą budowlaną zajmującą się przebudową tej drogi, oraz przyległych do niej chodników. Aby dotrzeć do znajomych musieliśmy miejscami dźwigać walizki, oraz iść ulicą. Przyznam że miało to swego rodzaju dreszczyk niepewności. Z reguły nie ufam mijającym mnie kierowcom, i nienawidzę chodzić poboczem. Na szczęście odcinek nie był aż tak długi do przebycia i wkrótce pojawiliśmy się u progu drzwi dwójki naszych dobrych znajomych, którzy wynajmują mieszkanie.

Ponieważ pojawiliśmy się u znajomych nieco po 22, a na lotnisku mieliśmy być koło 3, natomiast dojazd zajmuje koło 1,5 h postanowiliśmy przesiedzieć czas do wyjazdu i przegadać go. Nasz kierowca poszedł się nieco zdrzemnąć, a my pozostaliśmy z drugim naszym znajomym. Prawdę mówiąc niewiele z tego pamiętam, jak zwykle udało mi się zdrzemnąć, jakimś cudem w każdych warunkach potrafię tego dokonać (myślę, że mimo wszystko jest to jakaś umiejętność). Po 1 wyjechaliśmy w stronę Pyrzowic. Przyznaję, że cały czas kierowaliśmy się głównie GPSem, a i z tym zdarzyło nam się źle skręcić, ale ostatecznie dotarliśmy na miejsce. Mimo że był dopiero początek października, to śmiało mogę powiedzieć, że był mróz. Czułam to w momencie wysiadania z samochodu, kiedy to milion małych szpileczek wbijało się we mnie w każdym możliwym punkcie mojego ciała. Jednak najważniejsze, że byliśmy już na lotnisku. Na tym etapie podróży już niewiele mogło nam zaszkodzić w realizacji planu. Oczywiście, gdybym powiedziała że nie obawiałam się swojego pierwszego lotu samolotem, była by to kompletna nieprawda. Jednak to co wzbudzało moją wątpliwość, to nie był sam lot, lecz odprawa. Wyobraźnia podpowiadała mi co rusz dziwne scenariusze, zachodzące podczas kontroli bezpieczeństwa. Między innymi wyobrażałam sobie, że w swoim standardowym roztargnieniu zapomniałam przełożyć z plecaka do walizki nożyczki do paznokci, co skutkuję celowaniem do mnie z broni przy akompaniamencie wydawanych przez służby poleceń takich jak „Proszę się nie ruszać! Na ziemię” itd. itp. Zdaję sobie sprawę jak bardzo wyolbrzymione są tego typu scenariusze, jednak mój umysł przywykł do karykaturowania zakładanych przeze mnie wydarzeń. Chyba ma to związek z tym, że w tym Państwie niewiele mnie już zdziwi, więc mój własny umysł nie chcąc żebym się zdziwiła lub rozczarowała przygotowuje mnie na coraz to mniej realne koncepcje. Myślę, że jest to bardzo miłe z jego strony.

Początek odprawy poszedł bardzo zgrabnie, oddaliśmy swoje walizki. Myślę, że Pani obsługująca nadawanie bagażu, mogła dostrzec mój nieufny wzrok. Spowodowane jest to tym, że bardzo nie lubię rozstawać się ze swoimi rzeczami. Nie chodzi o ich wartość, która jest mniejsza od wartości samej walizki. Raczej o to, że lubię mieć pod ręką wszystko czego potrzebuję na co dzień. Dobrze, że rozstanie miało być krótkie, bo tylko na 2 godziny. Wbrew moim obawom, wszystkie etapy odprawy przeszliśmy bez najmniejszych problemów. Pozostawało tylko oczekiwać na wejście na pokład samolotu. Siedząc w sali odlotów i obserwując przez szybę samoloty, widziałam że z Czarkiem jest coraz gorzej. Choroba nie odpuszczała, wręcz przeciwnie, coraz bardziej dawała o sobie znać. Mimo wszystko mieliśmy nadzieję, że w kontakcie z kreteńskim słońcem, choroba ta szybko przejdzie.

Nasz lot odbywał się w porze wschodzącego słońca. Dzięki temu rozpościerał się piękny widok na niebo oraz chmury. Podziwiałam ten widok w czasie, kiedy Cezary drzemał. Liczyliśmy na to, że krótki sen chociaż w niewielkim stopniu poprawi mu samopoczucie, które było dodatkowo pogorszone przez lot samolotem. Ten kto leciał przeziębiony samolotem, wie że nie należy to do przyjemnych odczuć. Na szczęście nasz samolot był pusty, z 200 miejsc zajętych było około 20. Dzięki temu mieliśmy niesamowity komfort lotu.

Mimo, że nasz lot trwał krótko, bo około 2 h, na widok wyspy odetchnęliśmy z ulgą. Cała podróż z Lublina do Krakowa, następnie do znajomych i na lotnisko sprawiła, że czuliśmy się jakbyśmy byli 24 h w podroży. Poniekąd tak było, biorąc pod uwagę wcześniejsze przygotowania. Pilot posadził maszynę łagodnie na pasie. Kiedy się już zatrzymaliśmy dostrzegliśmy, że widok za oknem nie do końca pokrywał się z naszym wyobrażeniem urlopu. Przede wszystkim jak na porę dnia, było bardzo ciemno i pochmurno. Wydawało się że pada deszcz. Kiedy dotarliśmy do stewardess, które żegnały wysiadających pasażerów, usłyszeliśmy na do widzenia „Enjoy your holiday”. Co zważywszy na aurę, która roztaczała się na zewnątrz, miało dość złośliwy wydźwięk, szczególnie w połączeniu z uśmieszkiem. Przez otwarte drzwi mogliśmy bardziej zorientować się w sytuacji panującej na zewnątrz. Otóż na zewnątrz lał ostry deszcz, płyta lotniska dosłownie pływała w wodzie. Pozostało nam jedynie wyjście z samolotu i brodzenie w wodzie po kostki do terminalu lotniczego. Tak rozpoczął się nasz urlop na Krecie…

Udostępnij

Skomentuj wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *