29 / 01 / 19

Moje pierwsze rajskie wakacje – urlop na Krecie (10 rzeczy, które warto wiedzieć):

Udostępnij

10 najważniejszych rzeczy o Krecie (To warto wiedzieć przed wylotem!)

1. Obowiązująca waluta: Euro.

2.Wymagany dokument: Paszport albo dowód osobisty.

3. Czas lotu z Polski: 2-3h (na Krecie jest +1h czas w przód dla polaków).

4. Krajobraz: Bardzo urozmaicona rzeźba krajobrazu (Góry, morza, równiny, plaże żwirowe oraz piaszczyste). Przy dobrej pogodzie i widoczności, z niektórych miejsc na Krecie, można dostrzec kontynent Afrykański. Z powodu ostrych kamieni i żwiru na plażach zalecana jest kąpiel i chodzenie w specjalnych butach do wody. Woda w morzu jest bardzo słona i szczypie w oczy, dlatego warto mieć maskę do pływania.

5. Pogoda: Z racji, że Kreta znajduje się w niedalekiej odległości od Afryki, ciepła pogoda utrzymuje się na niej najdłużej ze wszystkich wysp greckich. Jeżeli planujecie październikowy urlop na greckiej wyspie, to Kreta jest idealna na tą okazję. Październikowe dni bywają tak gorące jak w środku lata, polecam jednak zabrać ze sobą ciepłe ubrania, bo o ile dni są ciepłe, tak wieczory i noce bywają zimne. Dodatkowo październik sprzyja również deszczom, dlatego warto wziąć kurtkę przeciwdeszczową. Woda w morzu w październiku jest raczej zimna. Jeżeli planujesz przejście Samarii, to stanowczo doradzam buty trekkingowe (próbowałam adidasów, nie polecam-kamienie są miejscami śliskie).

6. Najbardziej znane atrakcje:

✔ Plaża Elafonissi – Wycieczka nabyta od lokalsów: 15€, wycieczka nabyta od biura podróży: 42€, dzieci 50% taniej + dodatkowa opłaca 2€ wstęp do klasztoru,

✔ Pałac Knossos – Wycieczka nabyta od lokalsów: wycieczka nabyta od biura podróży: 51€, dzieci 50% taniej + dodatkowa opłata 16€ za wstęp do Knossos-możliwe zniżki za legitymacją,

✔ Wąwóz Samaria – Wycieczka nabyta od lokalsów: 15€ + 11€ prom + 5€ wejście na teren Samarii, wycieczka nabyta od biura podróży: 42€,  dzieci 50% taniej + 16€ za wstęp na teren Samarii oraz prom

✔ Jezioro Kournas – Zależy z jakiego miasta startujemy, z niektórych miejsc np. miasteczko Georgioupolis (czyta się mniej więcej jako „Dziordziopolis”), możemy przejść na piechotę. Z innych miast można dojechać busem za drobną opłatą. Niektóre hotele, tak jak nasz, mają opcję, że 2 razy dziennie jeździ tam bus i zabiera bezpłatnie osoby, które na miejscu wynajmą rowerek wodny,

✔ Chania (miasto),

✔ Rethymnon (miasto),

✔ Laguna Balos (5€+27€ za prom+1€ opłata ekologiczna),

✔ Rejs na Santorini (100€-140€)

7. Ruch drogowy: Prawostronny, honorowane polskie prawo jazdy. Jeżeli zdecydujecie się na wynajem samochodu, warto wiedzieć, że kreteńskie drogi są bardzo kręte oraz wąskie. Przyjęta jest tam zasada sygnalizacji klaksonem przed zakrętem (z racji braku widoczności, co jest za zakrętem). Dodatkowo grecy jeżdżą bardzo brawurowo. Przykładowe ceny za wynajem pojazdu za dzień: rower – 5€, skuter 50cc -15€, skuter 100cc-20€, quad – sezon wysoki 30€, sezon niski 20€, samochód-30€, do pojazdów należy również doliczyć cenę paliwa-oddajemy pojazd z pełnym bakiem)

8. Sieć busów i autobusów: Bardzo dobrze rozwinięta, z każdej mniejszej miejscowości możemy dojechać do większego miasta. W autobusie biletu nie sprzedaje kierowca, tylko specjalnie zatrudniona osoba, krążąca po nim z nerką na przechowywane pieniądze. Dodatkowo w trakcie drogi wykrzykiwane są nazwy miejscowości/kurortów, aby turyści nie przegapili swojego przystanku.

9. Kanalizacja: Na całej Krecie jest zalecone, aby nie wrzucać papieru toaletowego do muszli klozetowej, jedynie do kosza na śmieci. Jest to spowodowane wąskimi rurami – bardzo łatwo tam o zapchanie ich i wybicie szamba. Z reguły w hotelach obsługa działa bardzo sprawnie, w naszym sprzątany był pokój codziennie.

10. Jedzenie i picie: Królującym mięsem na greckich stołach jest baranina, dlatego nie zdziwcie się, że zamówione spagetti smakuje nieco inaczej. Osobiście nie przepadam za baraniną, natomiast uważam, że nie ma nic lepszego od świeżego pieczywa z grecką oliwą! Dodatkowo charakterystycznymi elementami greckiej kultury są oliwki oraz ser feta. Greckie słynne alkohole to raki (odpowiednik polskiej wódki w smaku) oraz ouzo (alkohol o smaku anyżu).

Nasze zakwaterowanie w Kavros Beach na Krecie

Nasz prawdziwy urlop na Krecie rozpoczął się przed godziną 10 kreteńskiego czasu, w momencie lądowania samolotu. Walizki otrzymaliśmy już po 15 minutach, dzięki czemu szybko zapakowaliśmy się do hotelowego autobusu.

Rajd z lotniska w Chanii do hotelu, był idealną okazją do wstępnego zapoznania się z naszym otoczeniem. Wiadomo, że w dobie internetu, gdzie wszystko jest wymuskane i dopieszczone, aby robić dobry PR, często nie widzimy prawdziwych obrazków składających się na całość destynacji. Jazda autobusem przypominała mi swego rodzaju seans filmowy, byłam na nim widzem, który tylko obserwował zmieniające się klatki filmowe.

Podczas tego seansu, dostrzegłam między innymi: piękne góry, które miejscami sprawiały wrażenie wręcz rzeźbionych (w sumie to trudno nie zauważyć gór, prawda?), malownicze urwiska, duża ilość pól, które w kontraście do naszych Polskich, przywodziły na myśl raczej prerie z suchą roślinnością, a niżeli rolnicze tereny, ogromna ilość sadów oliwnych, które wyglądały obłędnie, oraz piękne plaże o pastelowych kolorach.

 

Oprócz całego piękna i dzikości Krety, zobaczyłam również jej biedę. Biedę, która odbijała swoje refleksy w zaniedbanych gospodarstwach, niedokończonych lub zniszczonych budynkach, starych zardzewiałych samochodach stojących przy posesjach, śmieciach wysypujących się z każdego śmietnika (i mówiąc tu wysypujących, mam tu na myśli ilość śmieci, która często prawie pięciokrotnie przerastała wielkość kontenera), oraz w zwierzętach, temacie dla mnie najbardziej bolesnym. Niestety wiem już, że wraz z całym bogactwem kulturowym zwiedzanych krajów, oraz pięknem niektórych miejsc, musimy często być obserwatorami krzywdy zwierzęcej, czy też ludzkiej. Najgorsze, że w takich sytuacjach często nie pozostaje nic innego, jak odgrywać rolę niemych obserwatorów, ponieważ w obcym kraju, z ograniczonymi funduszami niewiele można zmienić.

 

Bezdomne, wychudzone koty to nieodłączny element greckiego krajobrazu

 

Podróż do hotelu zajęła nam około godziny. Kreta jest największą grecką wyspą, dodatkowo drogi są bardzo kręte (Wielka Pętla Bieszczadzka to przy tym pikuś, uwierzcie), przez co dojazd gdziekolwiek wymaga trochę czasu i trzeba mieć na to poprawkę organizując swój plan zwiedzania. Kiedy już wysiedliśmy poplątaliśmy się trochę przed wejściem, ponieważ całość jest wielkim kompleksem i wygląda na dwa różne hotele, a ostatecznie okazało się że jest to jeden ten sam hotel. Jakaś polka skutecznie zachęciła nas do pobytu słysząc nasze rozterki i kwitując to sentencją „to i to dziadostwo, nie ma nad czym się zastanawiać”. Uwielbiam to roszczeniowe podejście niektórych naszych rodaków. Może hotel nie był kreteńskim Hiltonem, ale bez przesady, dziadostwem bym go nie nazwała. W końcu nie zapłaciliśmy za wycieczkę fortuny, żeby wymagać warunków godnych olimpijskich bogów.

 

Wejście do hotelu Kavros Beach

 

 

 

W recepcji powitało nas wesołe „Kalimera!” i od tego momentu towarzyszyło nam na każdym kroku. Możemy uznać to wyrażenie jako grecki zamiennik polskiego „Dzień dobry”. Na terenie całej Grecji jest przyjęta zasada używania tego zwrotu do godziny 12 w południe, później używa się „Kalispera„, coś jak nasze polskie „Dobry wieczór”.

Zakwaterowanie w hotelu zaczynało się od godziny 13 albo 14, a była dopiero godzina 11. W pierwszej kolejności postanowiliśmy zapoznać się z naszym hotelowym barem, który znajdował obok basenu, na tarasie, z widokiem na morze. Towarzyszył nam „pić, jeść, spać mode”, dlatego jak tylko wybiła godzina 12,30, która była godziną obiadową, udaliśmy się do stołówki w celu zaspokojenia, chociaż części naszych potrzeb.

 

Widok z tarasu hotelowego

 

Kierowani popodróżnym gastro, wzięliśmy parę potraw na próbę. Potrawy te, wcale nie okazały się aż tak apetyczne, jak wyglądały, dlatego postanowiłam zadowolić się oliwkami i chlebem z oliwą. Czarek natomiast postanowił, że zje zupę, i po krótkiej chwili już zmierzał z obfitym talerzem żółtej zupy do naszego stolika. Zupa wyglądała na pierwszy rzut oka na serową albo cebulową, zdziwiła mnie jedynie Czarka mina, która wcale nie wyrażała radości. Jak tylko doszedł do naszego stolika, wydało się co było problemem. Wielki garnek zupy, okazał się ostatecznie wielkim garnkiem musztardy, która mimo apetycznego wyglądu, nie wchodziła aż tak dobrze, aby zjeść cały talerz. W konsekwencji stwierdziliśmy, że najlepszym sposobem będzie zostawienie „zupy” i przeniesienie się do innego stolika, aby nie wzbudzać nienawiści obsługi, że muszą sprzątać po nas tą niestandardową ilość musztardy.

Kiedy już zmieniliśmy stolik, postanowiliśmy zabrać się za deser (po musztardowej zupie uznaliśmy, że lepiej żebym ja się udała tym razem do bufetu). Głównym wyborem wśród słodkości, były owoce, galaretka owocowa, ciasta i lody. Obok galaretki znajdowała się bita śmietana, dlatego mój wybór padł na galaretkę, którą ozdobiłam solidną porcją bitej śmietany, natomiast Czarkowi nałożyłam ją obok, na wypadek jakby chciał jednak zjeść samą galaretkę. Gdy już usiadłam i skosztowałam deseru, okazało się, że bita śmietana była w konsekwencji normalną śmietaną, a jej obecność w lodówce obok galaretki była po prostu przypadkowa. Ponieważ widzieliśmy nienawistne spojrzenia jednego z kelnerów (tego, który jak tylko odeszliśmy od poprzedniego stolika, od razu do niego podszedł posprzątać=nici z anonimowości), stwierdziłam że mimo braku oczywistych walorów smakowych tego typu deseru, będę iść w zaparte, i zjem to co nałożyłam. Oczywiście brałam przy tym pod uwagę różne żołądkowe scenariusze. W ostateczności, muszę stwierdzić, że oprócz moralniaka, nic mnie nie „dopadło”.

Otoczenie hotelu było piękne. Oprócz standardowych rzeczy w stylu basenów, barów, tarasu, oraz darmowych leżaków na plaży ( no dobra, to akurat nie standard :D), znajdowała się tam również zagroda z kozami, gęsiami, duża ilość kolorowych kwiatów, dodatkowo całość dopełniał widok na Góry Białe spowite mgłą, to wszystko składało się na wyjątkowość tego miejsca. Obsługa była bardzo przyjazna, pomocna i uśmiechnięta. Do dzisiaj mam kontakt z jedną z recepcjonistek z tego hotelu, i muszę przyznać, że jest to jedna z najsympatyczniejszych osób jakie poznałam.

Widok na Góry Białe z hotelowego podwórka

Jeżeli wyobrażacie sobie, że wynajmując pokój w hotelu za granicą, będziecie mieć prywatność, spokój i ciszę, to pozbądźcie się tego złudzenia. Ściany w greckich hotelach są z reguły bardzo cienkie, słychać najmniejszy szmer czy odgłos, nie mówiąc już o rozmowach. Od tego czy Wasz psychiczny odpoczynek będzie niezakłócony zależy, jakiego sąsiada traficie. Nam udało się trafić rosjanina „piłującego w nocy drewno”. O ile ja jestem nauczona spania z zatyczkami w uszach, o tyle Czarek z grypą i piłującym rosjaninem osiągał limity swojej wytrzymałości. Po czasie nauczyliśmy się przed snem nastawiać telewizor, bo stwierdziliśmy, że lepiej słuchać przed snem TVP Polonia (jedyny polski kanał), niż słyszeć wychrapywane tyrady sąsiada ze wschodu. Nie chcieliśmy stwarzać kolejny raz problemu obsłudze hotelowej i prosić o przeniesienie, ponieważ już wcześniej zmieniliśmy pokój (w naszym łóżku były wyłamane deski). W nowym pokoju, okazało się, że nasze łóżko również nie spełnia swojego podstawowego zadania jakim jest możliwość odpoczynku. Mimo, że deski nie były połamane, w praniu okazało się, że przy każdym ruchu jest możliwość, że któraś z nich upadnie na podłogę. Deski podtrzymujące materac były nie tylko za krótkie i niedopasowane, ale także dodatkowo nie były przybite, przez co często się przesuwały. Którejś nocy, kiedy rosjanin zagłuszał nawet nasz telewizor swoim chrapaniem, przy przekręcaniu się na bok wypadły dwie deski, a kiedy wstaliśmy je poprawiać, ciężar materaca zwalił jeszcze dodatkowo 3. Był to typowy efekt domina, uruchamiany przy każdej chęci poprawy desek. Czarek skwitował to soczystym słowem na „k..” (uwierzcie mi, inaczej się nie dało), a rosjanin uwaga.. to nie żart, zaczął pukać w ścianę. No przecież zaplanowaliśmy, że wszystkie te deski gruchnęły, bo bardzo lubimy w nocy rzucać deskami o podłogę. Efekt rosyjskiego pukania w ścianę był taki, że kilka minut przekonywałam Czarka, że nie jest dobrym pomysłem iść w nocy do rosyjskiego sąsiada z awanturą, bo może się to źle skończyć. Podsumowując, nie liczcie na to, że na urlopie z pewnością będą komfortowe warunki do odpoczynku, lepiej skupcie się na zwiedzaniu i zobaczeniu jak największej liczby rzeczy. I na Boga, weźcie ze sobą zatyczki do uszu. Na miejscu jest to koszt około 7 euro, a w Polsce 3 zł, może się okazać że tylko te zatyczki ratują Was od obłędu…. Ciąg dalszy nastąpi 🙂

 

Filmik podsumowujący nasz urlop na Krecie:  bit.ly/2S121Qe

Czy Wy mieliście jakieś hotelowe „przygody” w stylu cienkich ścian, połamanych łóżek? 🙂

 

Udostępnij

Skomentuj wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *